Amy Winehouse
Amy Winehouse jest kobietą, którą śmiało można porównać do Britney. Wydawało się, podczas wydania jej płyty i wypuszczeniu w obieg jej najlepszych utworów, że oto rodzi się gwiazda, która rozumie dzisiejsze potrzeby runkowe, że trafia swoją muzyką w dziesiątki gust. I tak było - wszyscy zachwycali się czarnym głosem Amy, jej wyczuciem melodii, muzyką w ogóle. Wszystko to przesłoniła jej druga miłość, od której nie potrafiła się uwolnić. A była nią heroina oraz kokaina. Związek toksyczny. Uzależniła się i coraz częściej dawała w żyłę niż myślała nad nowymi utworami. To zebrało w końcu żniwo. Z samej góry, kiedy mogła osiągnąć wszystko, sięgnęła dna i to z takim hukiem, że wszystkie media kulturalne z każdego jej kroku, wyczynu czy wypowiedzianego tu czy tam zdania robiły prawdziwą aferę. Można by wymieniać dziesiątki nagłówków artykułów, ale po co? Każdy, kto interesował się nią choć trochę, wie - odwyki narkotykowe, ćpanie na nich, awantury w więzieniu ze swoim byłym już mężem, seks w poczekalni więziennej. Prawdziwy cyrk. Miała okazję zaśpiewać piosenkę do nowego Bonda, ale przyszła zbyt zaćpana. Czyżby to początek jej końca?